ZPMP#2 Wypadek w przedszkolu

in #polishlast year

ZPMP czyli "Z pamiętnika matki przedszkolaka".
Pewnie będzie to moja nowa seria. Jestem wciąż bardzo podekscytowana tym, że moje dzieci są w przedszkolu i tym jak z dnia na dzień zauważam różnice w ich zachowaniu.

sad.jpg

Dzisiejszy wpis nie będzie jednak zbyt wesoły,ale tak się czasem w życiu układa niestety...

Dzień czwarty 05.09.2019

Pierwszy raz zostawiłam dziewczyny dłużej. Dotąd zostawiałam je o 8 a odbierałam o 12:30 czyli po obiadku. W czwartek odebrałam je 14:30, czyli po podwieczorku. Dziewczyny nie zauważyły różnicy. Najbardziej martwiłam się o Łucję, bo jest ona ze mną dużo bardziej związana niż Lila, Lila poszła by nawet do obcego... Dodatkowo Łucja w środę wieczorem poprosila mnie bym nie zostawiała jej na dłużej w przedszkolu. Nie wiem skąd przyszło jej do głowy, że to planuje. Nie ma szans żeby usłyszała, że z kimś o tym rozmawiam. W każdym razie powiedziałam, że odbiore ją jak zwykle po posiłku. Więc nie było to nawet kłamstwo :)
Dziewczyny nie zauważyły, że zostały dłużej, dodatkowo Łucja tego dnia jadła suche pieczywo - progres.

Gdy wychodziłyśmy z przedszkola jedna z dziewczynek, która również była odbierana w tym czasie przez mamę powiedziała do Pani "Papa Pani!" i wtedy zastanowiłam się nad tym kiedy mnie to czeka, że zobaczę jak dziewczynki witają się lub żegnają z Paniami... Długo jednak nie musiałam się zastanawiać, bo gdy moje dziewczyny miały już butki na nóżkach to biegnąc w stronę drzwi niemal chórkiem (albo raczej duetem) krzyknęły "Do widzenia!" ahhh bardzo mi się to spodobało. Widać, że zbliżają się z Paniami coraz bardziej.

Dzień piąty 06.09.2019

Obudziłam się spokojna i bez bólu brzucha. Co prawda stanowczo zbyt wcześnie, bo po 6, ale jakoś już się przyzwyczaiłam do tego i budzę się sama, bez budzika.
Dziewczyny budzę o 7, choć już wiem, że to zbyt szybko, bo mimo, że robię im śniadanie, to Lila stanowczo nie je, mówiąc, że zje w przedszkolu, a Łucja męczy kanapki czy parówki, aż znikne jej z oczu i da je Leonowi... i koniec końców przed wyjściem do przedszkola nie mamy co robić.
Od przyszłego tygodnia planuje przestać robić dziewczynom śniadanie przed przedszkolem. Pozostanie nam tylko ubrać się, uczesać i umyć ząbki i buzie. Więc myślę, że mogę je nawet budzić o 7:30. Do przedszkola mamy pięć minut autem.

To już trzeci dzień jak dziewczyny nawet się ze mną jakoś ładnie nie pożegnały a jedynie machnęły ręką "papa". To ich machanie ręką nawet nie wygląda na "papa" tylko na "idź już mama i nie rób nam siary" :D

W czwartek jeszcze trochę się o nie martwiłam, bo pierwszy raz miały zostać dłużej, ale w piątek byłam już całkowicie spokojna.
Pod nieobecność dziewczyn planowałam podłączyć im telewizor w pokoju ponieważ obiecałam im, że jak będą ładnie zostawać w przedszkolu oraz jeść posiłki to go dostaną. Co zabawne Łucji już wiele obiecałam za to żeby chociaż dziubnęła jak ptaszek kanapkę, a ostatecznie do zjedzenia przekonało ją to, że zabierzemy ją na ryby jak wróci ich tata :)

Jeszcze nawet nie zabrałam się za podłączanie sprzętu, bo wiedziałam, że mam duuużo czasu. Zjadłam sobie wykwintne śniadanie (takie kanapki na ciepło z patelni, z roztopionym serem i różnymi warzywkami - nigdy dotąd nie miałam czasu by rano tak się rozpieścić)...
... i zadzwonił telefon:

-Dzień dobry, mama Lilianny? Dzwonię z przedszkola bla bla bla
-Tak, coś się stało?
-Lilka na placu zabaw miała mały wypadek, przewróciła się i rozcięła paluszek. Jeżeli jest Pani teraz w domu dobrze by było by Pani przyjechała.
-Ok, już jadę.
-Proszę się nie denerwować, ale przyjechać jak najszybciej, do widzenia!

Bardzo utkwiły mi w głowie słowa "proszę się nie denerwować, ale przyjechać jak najszybciej". W ogóle jeżeli chce się żeby ktoś się nie denerwował, to nie mówi mu się "nie denerwuj się", bo to zawsze działa na odwrót.

W każdym razie w ciągu nawet nie pięciu minut byłam już w przedszkolu. Jakoś instynktownie poruszałam się po korytarzu i odnalazłam wyjście na plac zabaw. A tam od razu spojrzałam w kierunku moich dziewczyn, od razu je zauważyłam. Przedarłam się przez wszystkie inne dzieciaki aż dotarłam do mojej biednej Lilusi.
Paluszek miała zaklejony plastrem, jednak krew przeciekła już poza niego. Panie starały się ją zagadać "zobacz, mama przyszła, pokaż mamie gdzie biegałaś", ale ona wciąż mocno płakała, aż dostała takich czerwonych plamek na całej buźce. Te plamki zdarzają się bardzo rzadko, tylko wtedy kiedy Lila jest bardzo zdenerwowana i długo płacze.
Wzięłam Lilkę na ręce i mocno przytulałam i bujałam się z nią tak jak z dzidzią, a ona tylko westchnęła, opuściła głowkę na moje ramię i powoli już bez płaczu uspokajała swój oddech.
Panie w tym czasie wszystkie trzy trajkotały mi co się wydarzyło i czemu temu nie zapobiegły. Już słuchać ich nie mogłam, tak jak by były w stanie przewidzieć co może się stać. "Okej, to był tylko wypadek. Stało się. Nie stało by się tutaj, to stało by się w domu, nie ma co się nad tym rozwodzić" - powiedziałam im. Powiedziałam też, że chciałabym zabrać tylko Lilkę, a Łucje zostawić na co zareagowały niemałym szokiem. Zrobiły wielkie oczy i zamilkły, po czym jedna po cichutku powiedziała "no dobrze". Hehe, ach bały się kobitki jak ta nasza Łucja się rozwyje jak odejde i ja i jej siostra, która dotąd była zawsze z nią. Spytałam się jednak Łucji czy idzie z nami czy zostaje w przedszkolu. Spytałam się dwukrotnie a ona za każdym razem odpowiedziała, że chce zostać. Życzyłam jej więc miłej zabawy i pysznego obiadku, a z Lilą udałam się do naszej przychodni by tam ocenili co z paluszkiem.

Przychodnię mamy pare metrów od przedszkola. Lila wiedziała jednak, że ja parkuje z prawej strony przedszkola, a teraz zmierzałyśmy w lewą. Zaczęła skakać i tupać i krzyczeć "nie do szpitala! mama! nie do szpitala!" obiecałam jej, że idziemy na lody, więc poszła. No i tu znowu za bardzo nie kłamałam, bo faktycznie po wizycie w przychodni poszłyśmy na lody :)

W przychodni spędziłyśmy z pięć minut może, Pani od razu wzięła nas do gabinetu zabiegowego (uwielbiam naszą przychodnię, nigdy nie ma tam kolejek). Rana była paskudna, nie głęboka, ale długa i bardzo poszarpana. Pielęgniarka zmieniła Lili opatrunek i powiedziałą, że w przypadku takich ran jak ta mam nie stosować plastrów a gazy owinięte bandażem. Opatrunek mam zmieniać raz dziennie, przygotować się na bardzo brzydki widok, bo rana należy do tych paskudnych choć nie groźnych oraz przygotować się na to, że długo będzie jej się to goiło.

Gdy już wracałyśmy z przychodni to weszłyśmy do żabki po loda. Nieszczęśliwie okazało się, że zdemontowali wszystkie ławeczki, które stały w okolicy przychodni, przedszkola i tej żabki, musiałyśmy więc iśc po prostu do auta z lodem. Lila była bardzoe niezadowolona gdy dowiedziała się, że nie wraca do przedszkola. Płakała w niebogłosy, a ja musiałam szybko coś wymyślić, bo wciąż byłyśmy pod przedszkolem i Łucja na placu zabaw mogła by ją usłyszeć. Dogadałam się z Lilką, że wrócimy na chwilkę do domu zobaczyć co u Leonka, potem do prababci, potem po babcię do pracy a potem po Łucję. Czekało nas dużo jeżdzenia więc aby jeszcze bardziej dogodzić Lilce założyłam jej fotelik z przodu samochodu.

Lila wciąż pytałą o Łucję, u prababci nie zjadła nawet obiadu (a wiadomo, że tam są najpyszniejsze), bo powiedziała, że ona je tylko w przedszkolu. I gdy byłyśmy u prababci znowu dostałam telefon z przedszkola. Byłam pewna, że dzwonią, że mam zabrać Łucję, jednak jak się okazało Łucja spokojnie bawiłą się z dziećmi a nawet zjadła ziemniaczki podczas obiadu. Pani dzwoniła, by spytać jak z Lilką. A, że było okej i z Lilką i z Łucją to powiedziałam, że odbierzemy Łucję po podwieczorku.

Gdy odbierałyśmy Łucję Pani oczywiście wyprzytulałą Lilkę i wypytała ją o to jak się czuje, wcześniej dała mi do ręki dwie prace Łucji, które ta wykonała po powrocie z placu zabaw. Widząc prace Łucji spytałam "Co to za potworki, Łucja?" na co ona "Mama to Lilka i jej chora rączka, nie widzisz?!". Faktycznie już to widzę:

rana.jpg

Sobota

Wczoraj nie zmieniałam Lilce opatrunku, gdyż Pani powiedziała, by zrobić to dopiero dziś. Zrobiłam to dziś i była to masakra.
Bardzo długo musiałam męczyć Lilkę by odmoczyć bandaż i gazę by je ściągnąć z paluszka. Mimo, że opatrunek po odmoczeniu zszedł sam to zszedł on ze skórą i rana mocno zaczęła krwawić. Paluszek jest siny, spuchnięty i schodzi z niego skóra. Pani w przychodni mówiła, że tak będzie, jednak aż tak przykrego widoku się nie spodziewałam.
Wahałam się nawet przez chwilę czy by nie jechać na pogotowie, jednak byłam tak już z dziewczynami kilka razy i za każdym razem nie dość, że czekałyśmy po kilka godzin to w dodatku nie otrzymałyśmy zbyt wielkiej pomocy.

W takich sytuacjach jeżdże zawsze do jednej apteki i pytam o rady. Dziś pokazałam pani nawet zdjęcie paluszka i powiedziała ona, że rana faktycznie wygląda bardzo źle, ale, że nawet jeżeli pojadę na pogotowie to jej tam nie zszyją, bo rana jest zbyt płytka a poza tym na szycie już za późno.
Kupiłam więc jedynie octanisept i gazy oraz bandaż. Pani powiedziała, że zbyt szybko zmieniłam Lili opatrunek i dlatego zastałam pod nim taki widok. Teraz mam zmienić jej opatrunek najwcześniej jutro wieczorem oraz pilnować by nie poluźnił się on zbytnio oraz by był suchy i czysty.

W razie jak by pojawiły się jakieś głosy sprzeciwu:
Tak wiem, że pani w aptece to nie lekarka. Wychodzę jednak z założenia, że nawet w przypadku zdrowia trzeba kierować się zdrowym rozsądkiem, a nie tylko opinią lekarzy. Wszelką odpowiedzialność za to co dzieje się w takich przypadkach ponoszę ja i jestem tego świadoma.

... Poza tym paluszki do piątego roku życia odrastają :D No przynajmniej moje dziewczyny zawsze to pociesza gdy już coś się stanie.



Sort:  

Twój post został podbity głosem @sp-group-up oraz głosami osób podpiętych pod nasz "TRIAL" o łącznej mocy ~0.17$. Zasady otrzymywania głosu z triala @sp-group-up znajdziesz w ostatnim raporcie tygodniowym z działalności @sp-group, w zakładce PROJEKTY.

@wadera

Chcesz nas bliżej poznać? Porozmawiać? A może chcesz do nas dołączyć? Zapraszamy na nasz czat: https://discord.gg/rcvWrAD

Dziękuję ;)

"idź już mama i nie rób nam siary"

zaczyna się :D

Też się czasem radzę pani z apteki - dzwonię do przyjaciółki farmaceutki ;) Jak nie potrafi pomóc, to wysyła do lekarza i nie ma dyskusji. Jeszcze nigdy na tym źle nie wyszłam (ani moje dzieci).

Jak te dzieciaki szybko się usamodzielniaja. Chyba też muszę jakoś się usamodzielnic :P
U nas też tak jest. Co prawda ta pani farmaceuta żadna moja przyjaciółka nie jest jednak nieraz doradzala mi co robić i kiedy. Odnośnie dzieci, moich, problemów czy nawet naszego Leonka i też zawsze wychodzimy na tym dobrze :)

Przypomniały mi się słowa piosenki Soboty,a ale nie zacytuje.
Przykra sprawa, ale dobrze powiedzialas ze moglo sie zdarzyc to w domu. Tylko dlaczego te przedszkolanki sa takie... Ja mam srednie wspomnienia z niektorymi. Zawsze bede wstawial sie za dziecmi i nikt mnie slowkami nie przekrzyczy jakbyco😀
Zdrowka życze córce a Tobie gorącej kąpieli z rozgrzewającą herbatką na wieczór lub wspolne oglądanie bajki z córkami.

Ja mam z przedszkola same dobre wspomnienia, a moje córki chodzą do tego co ja, więc trochę dzięki temu mi lżej na duszy ;)
Dziękujemy za życzenia. Na szczęście Lilunia zupełnie się tym paluszkiem nie przejmuje, widać nie boli jej. Oby zagoil się jak najszybciej :)

Bardzo mi się podoba ta seria :) Życzę weny, oraz wielu zdarzeń (Jednak nie takich przykrych i bolesnych) o których mogłabyś pisać :) Dziewczyny są bardzo spoko i odważne, ale szczególnie moją uwagę przykuł Twój luz i spokojne podejście do sprawy, gdy przyjechałaś na miejsce wypadku i nie zjechałaś pań, które zaczęły przepraszać jakby prezydentowi nasrały na dywan :D Pozdrawiam ;)

Bardzo mi miło. Pamiętnik będzie dla mnie fajna pamiątka, ale jeszcze fajniej jest dzielić go z kimś🙂
Też mam nadzieję, że następne wydarzenia będą już mniej bolesne, a raczej wesołe i ekscytujące.
Wypadek to wypadek, nie wyobrażam sobie zareagować inaczej... no chyba, że wypadki będą zdarzac się częściej 😉
Ten tekst z dywanem prezydenta muszę zapamiętać 😁